Oxford Radcliffe Hospital

Oxford Radcliffe Hospital

Postprzez Aris-chan » Wt sty 24, 2012 20:05

Matthew Reed nie był teraz w najlepszym stanie. Jednak kto by był, gdyby szedł po ulicy i nagle potrąciłby go jeep? Aktualnie chłopak znajdywał się na sali operacyjnej, lekarze starali się uratować to, co z niego zostało. Miał liczne złamania, w tym dwóch żeber, jedno złamanie złożone kości promieniowej prawej ręki i złamanie podłużne kości skroniowej. Dodatkowo, nabawił się pięknej, 22-centymetrowej, dosyć głębokiej rany, po której z pewnością pozostanie blizna, krwiak na prawym udzie, oraz liczne zadrapania. Wszelkie rany zewnętrzne zostały już oczyszczone, aktualnie trwały prace nad żebrami. Ten wypadek najprawdopodobniej pozostawi piętno na jego psychice, spowoduje nieodwracalne zmiany. O ile oczywiście wyjdzie ze stanu istoty półmartwej...
Żółw porusza się z prędkością wystarczającą do upolowania sałaty.
Terry Pratchett

Karta postaci: Matthew Reed
Avatar użytkownika
Aris-chan
 
Posty: 154
Dołączył(a): Śr lut 23, 2011 18:34
Płeć usera: K
Imię: Matthew
Nazwisko: Reed
Profesja: Szaman
Duch Stróż: Blackburn
Wiek: 15
Narodowość: Anglik

Postprzez » Wt sty 24, 2012 20:05

 

Re: Oxford Radcliffe Hospital

Postprzez Aris-chan » Pn lip 02, 2012 20:25

Światło. Zbyt intensywne jak dla oczu, które były zamknięte przez kilka dni. Zasłoniłem sobie źródło lewą ręką. Próbowałem również usiąść, opierając się prawą, ale napotkał mnie tylko tępy ból i plan zniknął tak szybko, jak się pojawił. Leżałem tak jeszcze przez kilka minut, słuchając rozmów – nie byłem pewien czy to ludzi, czy duchów. Westchnąłem cicho i nagle zerwałem się do pozycji siedzącej. Przez chwilę miałem ciemność przed oczami, jednak została ona szybko przegoniona przez biel ścian pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Wreszcie udało mi się skupić. Miałem wbite w skórę dwie igły (jedna od kroplówki, druga nie mam pojęcia do czego). Wyrwałem je kilkoma niezgrabnymi ruchami, oraz wszystko inne, co było do mnie przyczepione, po czym wstałem z łóżka. Tak stojąc i opierając się o dziwne urządzenie stojące obok, zerknąłem w kierunku drzwi – mojego aktualnego celu, który wbrew pozorom nie był taki łatwy do osiągnięcia. Zrobiłem kilka chwiejnych kroków i wystawiłem głowę za róg. Tłoczyli się tam ludzie w białych fartuchach, rozmawiając o pacjentach i ich schorzeniach, bądź o innych, znacznie mniej istotnych sprawach. Były tam również drzwi do jakiegoś magazynu – może to tam trzymają moje rzeczy. W każdym razie, muszę poczekać aż ci ludzie przynajmniej trochę się rozproszą… lub po prostu muszę znaleźć coś, co odwróci ich uwagę. Zamknąłem z powrotem drzwi.

- Blackburn – powiedziałem pewnie, szukając ducha wzrokiem. Ten jakby nigdy nic, wylazł spod łóżka i stanął przede mną, gapiąc się ze znużeniem.

- Czego jaśnie pan chce? – spytał się z sarkazmem w głosie.

- Opętaj jakiegoś pacjenta. I upewnij się, że wszyscy ludzie z korytarza znikną – duch wyszczerzył rząd białych kłów i cicho syknął. Chwilę później już go nie było. Z korytarza rozległ się przeraźliwy, kobiecy wrzask. Kilka innych do niego dołączyło. Następnie również krzyk, jakby szaleńca. Ten sam człowiek zaczął coś mówić – prawdopodobnie po hebrajsku, jednak o czym konkretnie mówił, to nie wiedziałem. Kilka minut później wszystko ucichło. Nie było słychać rozmów, tylko głośne kroki zmierzające ku pomieszczeniu, w którym byłem. Drzwi się otworzyły. Zobaczyłem dość wysokiego, umięśnionego mężczyznę, ubranego w piżamę szpitalną. Był cały we krwi. W jednej ręce miał karton, a w drugiej skalpel umazany w ludzkiej posoce.

- Pospiesz się, bo mi obiad ucieknie – syknął mężczyzna, wcisnął mi karton w ręce, a następnie wbił sobie ostry przedmiot w szyję. Rozszerzyły mu się oczy i zaczął krzyczeć. Jednak nie na długo – nie minęło kilka sekund, a już leżał na ziemi, w kałuży własnej krwi. Wzdrygnąłem się lekko i zamknąłem na powrót drzwi, nie patrząc na korytarz. Otworzyłem kartonik, w którym spokojnie leżały sobie moje rzeczy, ubrałem się, zabrałem co moje i wyszedłem z pokoju. Stanąłem jak wryty. Ściany i podłoga były całe w posoce. Wszędzie walały się trupy ludzi, którzy jeszcze przed chwilą wesoło rozmawiali o swoich problemach, nieświadomi tego, co się stanie. Jedna z kobiet była wyjątkowo zmasakrowana – jej głowa była wręcz wbita w ścianę, a wnętrze czaszki najwyraźniej chwilę temu spłynęło na podłogę. Przezwyciężyłem obrzydzenie i chęć zwrócenia zawartości żołądka i ruszyłem w kierunku schodów ewakuacyjnych – w końcu zjechanie na dół windą byłoby głupim posunięciem Powoli zszedłem na dół, dalej mając w głowie widok korytarza. Gdy już zszedłem na dół, zmusiłem smoczysko do wykończenia jedynej osoby, która stała pomiędzy mną, a moją wolnością – recepcjonistki i wymknąłem się z budynku. Ruszyłem przed siebie.
Żółw porusza się z prędkością wystarczającą do upolowania sałaty.
Terry Pratchett

Karta postaci: Matthew Reed
Avatar użytkownika
Aris-chan
 
Posty: 154
Dołączył(a): Śr lut 23, 2011 18:34
Płeć usera: K
Imię: Matthew
Nazwisko: Reed
Profesja: Szaman
Duch Stróż: Blackburn
Wiek: 15
Narodowość: Anglik

Postprzez » Pn lip 02, 2012 20:25

 


Powrót do Oxford

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron